Podsumowanie trzech tygodni na weganizmie i ciekawe kulinarne odkrycie.

 Minęły trzy tygodnie odkąd przeszliśmy na dietę bez produktów pochodzenia zwierzęcego. Co zauważyłam w tym czasie:

Minusy:

  • więcej czasu spędzam w kuchni - nie mam w sobie automatyzmu w przygotowywaniu potraw (jaki miałam przy naszej zwykłej diecie) i każdy posiłek kosztuje mnie więcej myślenia :)
  • z tego też powodu mam więcej brudnych naczyń po każdym pichceniu,
  • wieczorami trzeba pamiętać o zamoczeniu na noc fasoli lub orzechów (jeśli się ich nie namoczy, trudniej je potem blendować),
  • dużo czasu poświęcam na czytanie książek kucharskich o odżywianiu w weganizmie (co aktualnie bardzo lubię) ale oznacza to, że mam mniej czasu na pracę i inne sprawy, które zwyczajnie zaniedbałam (na przykład składanie suchego prania, które leży już w stosach :) 
  • brakuje mi żony pełnej zaangażowania, która robiłaby wszystkie posiłki i podawała gotowe na talerzu (ale przynajmniej mój mąż ma ;)
  • innych minusów brak - nie tęsknię za bardzo za żółtym serem czy mlekiem kondensowanym do kawy - myślałam, że tych rzeczy będzie mi bardzo brakowało ale brakuje tylko trochę.
Plusy:
  • wbrew pozorom niższe rachunki w sklepach - gdy przestaliśmy kupować mięso, wędliny, sery i mleko, a zamiast tego zaopatrzyliśmy się w fasolę, soczewicę, różne kasze i warzywa, to okazało się, że mamy tych zapasów na długo - korzystamy z nich ale nie schodzą szybko (nadal mam mnóstwo fasoli, ryżu i reszty), 
  • dzieci są zachwycone ilością owoców, zwłaszcza mandarynek (które są już u nas w okolicy za 3 zł z groszami), poza tym jakoś powoli przekonują się do większej ilości sałaty, ogórków, pomidorów, kukurydzy, szpinaku i ziemniaków (co prawda włączanie selera i kilku innych warzyw idzie opornie, a właściwie w ogóle nie idzie, ale może, może kiedyś to się zmieni),
  • udaje mi się przemycać w napojach typu smoothie brązowy zblendowany ryż, komosę, szpinak, nawet siemię lniane i nikt nie narzeka (choć wiedzą, że przemycam ;)
  • chodzimy pojedzeni, a trochę schudliśmy (choć nie jest to naszym głównym celem).
 A co ostatnio odkryłam? Prawdziwy przebój (w moim odczuciu) - jest to bezsmakowy krem z nerkowców, który polega tylko na zamoczeniu ich na kilka godzin w wodzie i następnie zblendowaniu. Napisałam bezsmakowy, choć ma on delikatny smak ale jest na tyle znikomy i uniwersalny, że można do niego dodać coś na słodko, na przykład owoce, lub na wytrawnie (jak ja wczoraj grzyby z duszoną cebulką). Krem przypominający śmietanę - dla mnie cud :) By go zagęścić dodałam trochę zblendowanego ugotowanego ryżu i do makaronu z grzybami pasował wyśmienicie :) Wkrótce Wigilia i planuję zrobić zupę grzybową zabieloną właśnie tą "wege śmietaną" z nerkowców (choć K. sugeruje, by wcześniej zrobić tę zupę na próbę - pewnie ma rację :) 

Na zdjęciu moczenie nerkowców - dzieci śmiały się, że wyglądają jak moczone zęby dzikich zwierząt i mało kojarzą się z weganizmem ;)



 

Komentarze

  1. Dajecie radę ;) i mi potrzebne takie wyzwanie ;) choć robiłam już sześciotygodniowe ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sześć tygodni - szacun 😄 Dzięki za miłe odwiedziny 🙋‍♀️

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za każdy komentarz ale proszę nie umieszczać treści reklamowych - nie będą one publikowane.

Popularne posty